Pieśń starego alkoholika

Pieśń starego alkoholika.

Stary alkoholik śpiewa wciąż tą samą pieśń. O cudownym życiu z butelką w tle. Jak jedna się kończy, trzeba zacząć nową. Świat cudownie otacza puste życie, napełnionymi pojemnikami szczęścia.

Nigdy nie wiesz, co w domu, gdy wracasz. Rosół „dochodzi” na gazowej kuchence od 6 godzin. Szczęście, że w  garnku było dużo wody. Nie zdąrzyła się wygotować. Pożaru nie bylo. Papka w garnku pachnie niby rosołowo, a jednak nie jest już apetyczna.

Stary alkoholik leży pod stołem i udaje, że wszystko się sprzysięgło. Coś na niego spadło, potem on się turlał po podłodze, bo chciał do telefonu, Ale nie dotarł, bo się przewalił na plecy. I wstać nie mógł, nie może i nie wstanie, bo nie może. I gadaj z takim, choć waży dwa razy więcej i chcesz pomagać, ale on nie może. Nie współpracuje. Dlatego dajesz mu poduszkę, kołdrę i pieprzysz sprawę.

Chcesz żyć. Na jęzor pchają się same wyrazy na „p”, „k” i inne litery.

Zostawiasz starego alkoholika pod stołem, lecz przykrytego. Zabierasz koty do siebie i zlewasz sprawę w pokoju obok. Trudno. Stary alkoholik, to taki typ, który myśli, że wszyscy mają go wspierać, pielęgnować i być miłymi. A on sobie będzie wtedy spokojnie popijał, zrelaksowany i bezstresowy. I gówno go ochodzisz, choćbyś padł ze zmęczenia. Choćbyś robił nie wiem co, to ci powie stary pijak, że ty jesteś gówno, że się na tobie zawiódł, i że pije przez ciebie.

W związku z powyższym, niech sobie śpi spokojnie pod stołem, w pokoju obok, bo może się okazać, że to on ciebie wykończy. A wtedy będzie miał cudowną okazję do picia. Stypę.

(Przy okazji poproszę o odśpiewanie na ceremonii pogrzebowej pieśni: „Chodzą wrónki cało zgrajo, i pendracki wyjadajo.”)

Sztuka kochania – lecimy do kina

Sztuka kochania – lecimy do kina.

W sobotę, poleciałymy z kuzynką do kina. Na „Sztukę kochania”. I od razu powiem, że film świetny, wart zobaczenia.

Mamy wśród Polaków, wielu fantastycznych, genialnych ludzi, takich, którym trzeba stawiać pomniki. Dzisiaj, pomnikiem nie jest kamień, ale film. Wiem, że na ścianie kamienicy, w której mieszkała Michalina Wisłocka, jest jakaś płyta pamiątkowa. Tylko, że ja do Warszawy się nie wybieram, ale na film w moim mieście, już tak.

Młodzi Polacy nie wiedzą, że jeszcze całkiem niedawno, kobiety w Polsce były, mówiąc delikatnie, na drugim planie.  Michalina Wisłocka, chciała pokazać Polkom, że one też się liczą. I nie muszą być macicami do rodzenia dzieci, kucharkami i sprzątaczkami – za frajer, oczywiście.

Dzisiejsze kobiety, wyzwolone właśnie dzięki pracy pani Wisłockiej, nie wiedzą nawet, że kiedyś: „prezerwatywa”, czy „łechtaczka”, to były jakieś diabelskie, obrzydliwe słowa, mające sprowadzić porządne kobiety na złą drogę. To znaczy z drogi nieustannego zachodzenia w ciążę bez przyjemności, na drogę własnej decyzji: czy chcą zachodzić, kiedy i co z ich przyjemnością?

Gdyby przestudiować życie prywatne znanych naukowców, okazałoby sie, że nie było usłane różami. Nie mieli czasu na nic, nieustannie zaabsorbowani własną pracą, jej wynikami. W dodatku, gdy naukowcem była kobieta w Polsce, która wciąż musiała udowadniać, że to co robi ma sens, bo czy kobieta, może być naukowcem? Od czegokolwiek, a już od seksu? Tak, o tym właśnie jest film. O koszmarze bycia kobietą – naukowcem w komunistycznej Polsce.

Ale się nie dała. Nie dała się tym wszystkim facetom na stanowiskach. Wielkość Michaliny Wisłockiej, jest niesamowita. Dzięki jej uporowi i tytanicznej pracy, mamy dziś wolny wybór. Możemy użyć wielu słów, których nam kobietom nie wolno było wymawiać. Możemy powiedzieć: „nie chcę teraz dziecka, chcę przyjemności”. „Nie rób mi krzywdy.”

Ważne stały się nasze potrzeby i dlatego jesteśmy też atrakcyjniejsze dla mężczyzn.

Koniecznie zobaczcie film „Sztuka kochania”.

Paul Broks – Niedostępny świat. Podróż w głąb umysłu

Paul Broks – Niedostępny świat. Podróż w głąb umysłu.

Czytając „Dziewiąte życie Louisa Draksa”, natknęłam się na książkę będącą inspiracją tej historii. W bibliotece nie było na nią chętnych, więc od razu poszła w moje ręce.

I jest miłość nagła, bo książka to zbiór autentycznych historii, ludzi po urazach mózgu, spisanych przez konsultanta neuropsychologicznego, z angielskiego szpitala.

Dopiero zaczęłam czytać, a już mnie to coraz bardziej kręci, ponieważ mózg człowieczy stanowi wciąż nieodgadnioną zagadkę. Fascynujące, ale też i trudne dla ludzi, jest nowe życie, które zaczynają wieść po urazach mózgu. Niektórzy nawet nie zdają sobie z tego sprawy, choć wydaje się, że wszystko z nimi jest dobrze. Wyszli z wypadków, ale oto stali się innymi osobami.

Jak różne są powikłania uszkodzeń mózgu, dopiero się dowiaduję, ale jeśli ktoś lubi takie medyczne autentyki, to polecam książkę. I uprzedzam: jest ciekawsza, niż niejeden przereklamowany bestseller. W dodatku można czytać, bez czekania w kolejce do wypożyczenia w bibliotece.

Teleexpress – gnój

Teleepress – gnój.

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy ma dziś 25. finał. W TVN.

Ja też paczyłam dziś skoki narciarskie, w TVP1. Po pierwszej serii skoków, była przerwa – Szybki Teleexpress. A tam co? Pan z bialymi zębami, coś nadawał, dziwne wiadomości.

I nic o najważniejszym dziś w Polsce wydarzeniu, czyli wielkiej akcji zbierania pieniędzy dla dzieci i seniorów w czasie 25. finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Sama jestem z Orkiestrą już tyle lat.

Pomyślałam, że moja ulubiona kiedyś audycja to dziś zwykły gnój.

Teleexpress – gnój.

Ryś i Rupi – kamień z napisem „LOVE”

Ryś i Rupi – kamień z napisem „LOVE”.

Myślałam, że te dwa kićki się nie lubią. Ale gdy Rupert wskoczył obok Rysia, przytulił się dupką i zasnął, to byl koniec takiego myślenia.

Jest „LOVE”. I niech sobie myśli kto chce, ale się chłopaki polubiły. Bo, żeby się dupkami przytulić, to trzeba się lubić.

I tyle w tym temacie.

„Dałeś mi kamień z napisem „LOVE”.

Czytam kryminał

Czytam kryminał.

Wciągnął mnie norweski kryminał, którego odłożyłam z powodu 2 innych książek, które jednak okazały się nie tak interesujące, na jakie wyglądały.

Z wielką ciekawością przystąpiłam więc do zgłębiania „Karaluchów” Jo Nesbo (to ostatnie „o” ma być przekreślone). Kiedyś uczyłam się norweskiego, co nie znaczy, że w kompie znajdę norweskie litery.

Zaczęłam czytać od 2 części, bo nie wiedziałam, że to cykl, ale każda jest o czym innym. Jedynie główna postać jest ta sama.

Aż się dziwię, że w starszym wieku, zaczęłam czytać mroczne historie. W młodości fascynowały mnie dramaty psychologiczne i dzieła wojenne. Może tak ma być. Wszak wszystko się toczy swoim rytmem.

Ale, że kryminał?

Wieczne zmęczenie

Wieczne zmęczenie.

Myślałam i wymyśliłam, że to moje zmęczenie, to przez dni krótkie, niebo szare i braki witaminowe. Niestety, nawet długi sen nie daje energii. Przespałam całego Sylwestra, od 21 do 7 rano, i nawet mnie strzały nie zbudziły, a jednak i to było za mało.

Postanowiłam więc zacząć łykać jakieś witaminy, łudząc się, że one dodadzą mi energii. Nic takiego się nie dzieje, więc dalej snuję się po Świecie, mrucząc pod nosem: „wracaj słoneczko, wracajcie dłuższe dni, bo nawet witaminy nie pomagają.”

Jest nadzieja, bo podobno dni mają być coraz dłuższe, a w czerwcu to już całkiem się wydłużą.

Jest zima

Jest zima.

Śnieg pada, jest mróz.

Lubię zimę, ale zawsze mi wtedy szkoda zwierzaków w schroniskach, tych dziko żyjących i przywiązanych do bud psów w wiejskich zagrodach, którym nie dają jeść, pić i ciepłych bud.

Także mi szkoda ludzi, bezdomnych nie z własnej woli i tych, co lubią pić alkohol i ich nie chcą w schroniskach, ale w tak wielki mróz ich biorą.

Myślę, że nie ważne czy kto pije czy nie, człowiek jest i trzeba go brać do ciepłego miejsca, żeby nie zamarzł.

Tak samo trzeba traktować zwierzaki, ale nimi nie bardzo się interesujemy, jako państwo. Raczej osoby prywatne i fundacje zwierzaki wspierają, karmią i budy ciepłe dają. Ratują z zamarzniętych jezior.

To są ludzie o wielkich sercach i chwała im za to, bo nie patrzą, że z tego nie ma forsy. Idą i ratują. Sami marzną, ale nie myślą, że im źle, bo chcą pomóc.

Wszystkim bohaterom przesyłam ciepłe pozdrowienia i bądźcie tak samo cudowni, jak do tej pory.

 

Rupert adoptowany

Rupert adoptowany.

Po miesiącach życia pod chmurką i spania na krzesłach ze swetrami, Rupert zamieszkał w naszym firmowym biurze (było coraz zimniej, a on nie umiał się schować w kanałach).

Koniec roku i początek nowego, to straszny czas petard i ogni sztucznych. Nie wiedziałam, jak kot zachowa się sam w biurze, podczas dni hałasu. Przyniosłam transporter, otworzyłam drzwiczki, a Ruper od razu wszedł do środka i chciał jechać.

Pojechał do mnie na chatę. Trochę posyczeli z Ryncikiem na siebie, ale żadnych bitew nie stoczyli.  Wąchali sobie nosy i przemykali spokojnie obok siebie.

Obecnie jedzą siedząc obok, używają na przemian kuwet, a w nocy śpią ze mną w łóżku, na podusiach.

Po krótkiej naradzie rodzinnej, okazało się, że Rupert zostaje u nas, bo wszyscy go lubią. Jest to kicia sympatyczna, przymilna, Ryś ma towarzystwo, zaczął lepiej jeść i jest ożywiony. Rupert ma ciepłe i bezpieczne  miejsce do życia. Zupełnie nie przypomina zabiedzonego kocurka, który miesiące temu spał na krzesłach i jadł, co mu dali. Nie wykazuje agresji i jest straszną przylepą, która mruczy mi do ucha w nocy. A w dzień ciągle robi „czółko”.

Adoptujcie zwierzaki, bo nie ma nic przyjemniejszego, niż mięciutki futrzak tulący się i mruczący do ucha.

Okutani

Okutani.

Brzmi prawie, jak japońskie nazwisko, na przykład Yakasone Okutani, że sobie tak pozmyślam trochu.

Chodząc po szczecińskich ulicach, mam wrażenie, że jestem jednak na Kamczatce lub jest u nas mróz przeraźliwy, gdzieś minus 20, śnieg po pachy i ogólnie zima całą paszczą.

Jednak, gdy paczę na termometr, to widzę +3, +1 stopnia, nie ma zimy, nie ma mrozu, nie ma zimno.

A po mieście grasuje sekta Okutani. Kobiety i mężczyźni owinięci wielkimi szalami, często podwójnymi, dodatkowo mają wielkie kaptury grubych kurtek, i wielkie czapki z pomponami. Jadą tak odziani w ogrzewanych tramwajach, robią tak zakupy. Są wszędzie i straszą budowlami z szali i czap.

Zastanawiam się, w co oni się ubiorą, jak będzie faktycznie za oknem -15 lub -20? Czy wszyscy wymrą?

Ci biedni ludzie, z sekty Okutani, nie wiedzą prawdopodobnie, że wielkim nieszczęściem organizmu człowieka jest przegrzanie. Jeśli pozawijają się w kokony, pod którymi organizm się mocno zagrzeje, to zwykły podmuszek wiatru sprawi, że zaraz trafia mu się przeziębienie. Czuję, że Okutani kładą się w swoich kokonach do łóżek, z potrójną kołdrą puchową, i czekają na wyklucie nowego stadium, może ładnego motylka? A gdy rano nie ma nic nowego, zabierają z łóżek koce w kratkę i owijają się nimi szczelnie, wychodząc na ulicę.

Jakaś ta nowa moda strasznie dziwna i brzydka; jak widzę sekciarzy na ulicy, od razu mam ochotę chwycić za jeden koniec ich zawoju i rozwinąć. Nie, że zazdraszczam, czy cóś? Tak mi jakoś wtedy w duszy gra.

I zwyczajnie, czekam na wersję letnią – Okutani przy +40 stopniach.

To dopiero będzie materiał. Na Okutani 2.