Sikorki w kwitnących bluszczach

W moim mieście mieszkańcy obchodzili dzisiaj Dzień Krokusa. W związku z czym zjawili się licznie na Jasnych Błoniach, gdzie krokusów jest mnóstwo.

W tym samym mniej więcej czasie przechodziłam przez inny park, gdzie krokusiki też powschodziły w niektórych miejscach. Było ładnie, ciepło, słonecznie. Nawet leciał za mną szczeniaczek i z ochotą dał się wymiętolić po uszach.

Pewnie na działeczce też jest pięknie, jak to w wiosenny czas.

Od kiedy moją altankę ogrodową pozarastały bluszcze, niezmiernie mnie rozczulają ich kwiaty, a potem owoce. Kiedyś kupiłam w małych doniczkach, małe roślinki, chyba ze cztery, każda inna: o dużych liściach, liściach jakby malowanych różnymi zieleniami. I tak oto sobie te małe roślinki rosły, aż zarosły dwa okna i dwie ściany domku.

W ich gąszczu znalazłam ukryte malutkie gniazdko. Uwiła je para sikorek i miała 2 dzieciaki, albo więcej – nie zaglądałam do samego gniazdka, ale ktoś tam po ptasiemu gadał z bluszczowych zarośli.

Oczywiście fantastycznie byłoby sfotografować życie ptasiej rodzinki, ale nie lubię, gdy ktoś mi zagląda do mieszkania, więc sama też nie zaglądam. Poza tym rodzice mogliby się spłoszyć i zostawić dzieci bez opieki. A ja bardzo sobie chwalę wszelkie zwierzęce towarzystwo: ptaki, jeże, skorki, złotooki. Nawet krety mogą u mnie kopać kopce, tylko wolą kopać u sąsiadów. Ich wybór. Sikorza rodzina odchowała więc swoje potomstwo, a mi zostawiła mikroskopijne, misternie zbudowane gniazdko.

Tęsknię już za działeczką, dlatego cieszę się, że robi się coraz piękniej za oknem. Idzie ciepło, więc wkrótce zacznę intensywne prace ogrodowe i się opalę.

I pewnie znowu przybędą sikorki