Mecz Sevilla – Liverpool. Mój dawny kolega z pracy był zapalonym kibicem piłkarskim. Często gadaliśmy o meczach światowych, polskich i naszej szczecińskiej Pogoni.
I oto kolega był fanem ligi angielskiej. Nie ekscytował się FC Barceloną, ani Realem Madryt, czym mnie doprowadzał do nerwa, bo ja to za Messim w ogień. Owszem Ronaldo, zdolny gościu, ale mnie jakoś Messi i jego życie fascynuje. Często tak jest przecież, że widzisz dwie gęby genialne, a jedną bardziej wolisz. Tak jest ze mną i Messim. Choć on mnie nie zna, to ja znam jego i kocham miłością braterską, zdrową miłością fana zdrowego.
Ale miało być o innym meczu. Tego dzisiejszego zobaczę z wielką ochotą, bo to starcie futbolu z różnych części Europy. I jak powiada mój kolega, który woli ligę anielską (nie wiem czymu, bo nie wyjaśnił), to starcie dwóch całkiem różnych stylów gry. „Sama się przekonasz.” Że hiszpańskie kopanie lubię – to wiadomo, ale z angielskim nie miałam do czynienia. Z Liverpoolu to kochałam namiętnie The Beatles w młodości i żadnego piłkarza.
Dzisiaj się przekonam o co chodzi z różnicą w stylu grania w futbol. Nie mam faworyta, nie wiem komu kibicować. Se popatrzę, jak grają, a potem podejmę decyzję za kim jestem. Ostatecznie, po babsku ją podejmę – temu kibicuję, kto ma ładniejszych chłopaków. Jak dawniej, za podwórkowych czasów było. Temu się kibicowało zespołowi, w którym własny chłopak grał.
To była prosta i genialna metoda wyboru. Dzisiaj wygra lepszy i niech tak się stanie.
