,

E pluribus unum

E pluribus unum. Nie wiem dlaczego nagle przypomniał mi się napis z amerykańskich dolarów? „Z wielu jeden”. Znaczenie jest proste, jak mańki kapcie: „z wielu stanów – jedno państwo.” Albo się mylę?

Dlaczego w Polsce amerykańskie motto nie działa? Dlaczego z wielu województw nie tworzymy jednego państwa? Kłócimy się od wieków, bo nie od ostatnich lat. Zmieniają się gęby, ale charaktery te same. Kto nas w Świecie lubi? Złodziei i pijaków? Kłótliwych, małych ludzików, którzy chcieli zawsze jechać w Świat za chlebem, a odmawiają tego samego innym ludziom?

Jako nacja, „We, the People”, niby mamy to „coś”, niby gościnny z nas naród, kraj zielony zielenią. Grzyby, ryby i woda, piękne kobiety z dużymi oczami i przystojni hydraulicy, ale… Nie ma w nas tego, że za kraj stoimy z ręką na sercu, że znamy hymn i go śpiewamy, a flagę mamy cały rok wywieszoną na podwórku.

Co nam, kurde, brakuje w tym pięknym obrazie?

Brakuje nam w nas człowieka, który kocha bliźniego, ale nie bo w kościele każą, ale tak sam z siebie, bo lubi ludzi. Nie pluje na nikogo jadem, nie zazdrości mu niczego, nie kradnie innym rzeczy ani żony. Ani męża.

Bo u nas robi się zło, a potem leci do kościoła po rozgrzeszenie.

E pluribus unum – nasz niedościgły wzór. Nie dane nam będzie nóg myć twórcom tego motto. A oni niby tylko 200 lat demokracji. Ale jednak demokracji, a nie zaborów, rozbiorów, wojen, sanacji, komuny.

To się nigdy nie skończy dla nas, „We, the People”, dobrze. Nigdy.