Na temat seriali, filmów fabularnych, książek, muzyki mam szajbę totalną, która objawia się niemożliwym do opanowania oglądaniem bądź słuchaniem.
Całe szczęście, gdy serial ma kilka odcinków. Dosyć szybko pójdzie zgłębienie treści, ale jak ma kilka sezonów – makabra. Oglądam do zgrzania komputera…
Film fabularny jest jeden, ale jeśli oglądam 4 pod rząd? Podobnie, jak przy serialach: do zgrzania.
Muzyka: jak włączę to, co mi się podoba, to słucham do znudzenia. Nastawiam , żeby grało ciurkiem, w kółko.
Obecnie oglądam serial „Narcos”. Miałam to zrobić już jakiś czas temu, ale zapomniałam tytuł. Trzy dni temu coś mi się skojarzyło i zaczęłam patrzeć. Dziesięć odcinków. Pewnie jutro skończę, bo zostały mi tylko dwa, a mam chęć na jeden jeszcze dziś, a może i na dwa ostatnie?
Co jest w serialach o wielkich przestępcach takiego, że chcemy je oglądać? Wkręca nas fabuła, chcemy znać życie złych ludzi. A może lubimy aktorów, którzy grają role, może podoba nam się sposób, w jaki przestępcy doszli do swojej wielkości? Wiele pytań.
Być może dowiadujemy się z tych seriali prawdy o samych sobie, jacy mali jesteśmy, jacy podatni na manipulacje, łatwowierni i przekupni. W każdym zakątku świata tacy sami. W USA, Polsce czy Kolumbii.
Nie tylko złych rzeczy się o sobie dowiadujemy, ale także tego, że jednak walczymy ze złem – i często wygrywamy. A także, że wolimy zginąć niż zdradzić przyjaciela. Oby życie nie poddawało nas takim ciężkim próbom.
