Stoczni Szczecińskiej nie ma, ale pozostał po niej ogromny teren, na którym zaistniały mniejsze i większe firmy różnych branż. Nie jestem darmową reklamą tych firm.
Jestem karmicielką stoczniowych kotów.
W ciągu tygodnia, po pracy, zjawiam się, żeby nakarmić głodne brzuszki. Wyjątkiem jest wtorek, bo w ten dzień przychodzi inna pani z mnóstwem jedzenia. I kićki nie wychodzą do mnie, żeby się najeść, a jedynie, żeby pomiętolić futerka. Nie przychodzę w niedzielę, bo nie ma wtedy zwierzaków na czterech łapach, za to aktywne stają się wygłodniałe mewy i sroki.
Od kiedy zaczęłam pracować na terenie dawnej Stoczni Szczecińskiej, gdzieś od września 2012 roku, obserwowałam kocią rodzinkę. Były tu typy charakterystyczne, które od razu dostały ode mnie ksywki: Łapa, Oczko, Babcia. W innym miejscu mieszkali Hrabia i Gosiewska (nazwana tak przez innego karmiciela w związku z charakterystyczną budową :-)) . Potem pojawiły się kolejne zwierzaki, urodziły się lub ktoś je podrzucił. Niektóre zniknęły. Trudno wyczuć czy powodem zniknięcia była śmierć czy też ktoś go zabrał do domu. Lepiej myśleć, że to drugie.

Z ostatniego miotu zniknął cudny kicia czarny z białym. Po pewnym czasie, na stronie kociej fundacji, zobaczyłam podobnego zwierza, bardzo poturbowanego, który niestety nie żył. Zasmusił mnie ten widok, lecz wciąż mam nadzieję, że był to podobny kicia, a ten, który zniknął, trafił do cudownego domu.
Dla mojego osamotnionego Rysia, chciałam zabrać jedną czarną przytulaskę ze stoczni, ale ona i dwie inne kocie dziewczyny są tam razem – przytulają się do siebie. I co? Jak wezmę im jedną z tej trójki – jak się będą wszystkie czuły? (Ryś to całkiem inna kocia historia – pewnie kiedyś opiszę). Miotam się z myślami o adopcji tej kotki, bo w domu z pewnością by było jej bezpieczniej, ale czy ona by chciała?
Nie przypuszczałam, że zostanę kocią karmicielką, kocią mamą. Kupuję puszki, poluję na promocję kociej karmy, żyję tym. W pewnym momencie skończyłam pracę w poprzedniej firmie. I przeraziłam się. Co będzie z kotami? Jak wejdę na teren stoczni, żeby je nakarmić?
Wszystko jest możliwe, jak bardzo się chce. Napisałam podanie i dostałam wejście, żeby dokarmiać stoczniowe kićki. A po krótkim czasie zapukała do mnie nowa praca na terenie dawnej stoczni.
Koty początkowo straciły nadzieję, że będę do nich przychodzić, bo zmieniła się pora karmienia i nikt nie czekał na mnie. Ale bardzo szybko pojęły, że to tylko drobna zmiana, a mama z jedzonkiem przyjdzie trochę później. I znowu jest, jak dawniej: buzi, głaskanie główek, otwieranie puszki.
Mruczenia u dzikich stoczniowych kotów nie słychać. Ja jednak wiem, że ono jest w środku, głęboko ukryte w kićkowych sercach. One czują, że ktoś o nie dba, że komuś zależy i będzie przychodził z jedzonkiem dopóki się da.
