Jednak wygraliśmy z Armenią.
Co nie oznacza, że było dobrze. Co nie oznacza, że nie trzeba lepiej.
Na podwórku się grało na maksa. Dziewczyny kontra chłopki. Nie było zmiłuj ani lżej, bo dziewczyny. Po meczu każdy szedł do swojego domu, do innej szkoły, ale w czasie gry walka była zespołowa. Pewnie, że nikt nie chciał faulować, kopać i wybijać zębów, choć czasem coś zabolało. Grało się dla zabawy, dla frajdy, w trampkach i podkoszulkach z wuefu. Był kurz, ale było fajnie pograć z kumplami, pobyć z kimś.
Szkoda, że nasze chłopaki zapomniały, jak to kiedyś było ciekawie kopać piłkę dla przyjemności i snuć marzenia o zostaniu sławnym piłkarzem.
Tak naiwnie myślę, że mogliby sobie o tym przypomnieć przed następnymi meczami i zaskoczyć nas, wiernych kibiców, cudowną grą, wartą spędzenia czasu w ich towarzystwie. Bo my też chcemy się dobrze bawić i marzyć o pucharze świata w rękach polskiego kapitana.
