Bayern – Borussia w Berlinie.
Znowu mecz. Tym razem finał ligi niemieckiej. Na razie szału nie ma. Latają po boisku. W tym dwóch Polaków: Levy i Piszczek. Siedzę, oglądam i czekam. Reszta potem.
Druga połowa ciekawsza, ale brak bramek daje dogrywkę.
Strzelają, pudłują, nerwy, zmęczenie widoczne i z każdą minutą większe. Szału nie ma, bramek też. O wyniku zdecydują karne.
Nie lubię takiego rozstrzygnięcia, bo to nic nie mówi o klasie zespołu, a tylko o jego szczęściu. Paczę sobie, jeden strzela, drugi nie. I się okazało, że w strzelaniu karnych lepszy jest zespół Levego. Ich trener płakał krokodylimi łzami szczęścia, przytulał się z zawodnikami i wciąż łzę ocierał.
Imponują mi faceci, którzy potrafią na oczach milionów płakać. I są to ich łzy triumfalne, a nie takie, bo nic mi w życiu tak dobrze nie wyszło, jak włosy (trener bez włosów jest). I odchodzi, ale wygrał. Taki drobny, miły facet.
No, chciałoby się powiedzieć za nie długo, o naszym trenerze drużyny narodowej, że dał nam mistrzostwo Europy w piłce, i płakał ze szczęścia. Byłoby miło.
Ale dzisiaj cieszmy się szczęściem Bayernu, ich pucharem, naszym Levym, Guardiolą i wszystkimi piłkarzami, którym się udało. I tym, którym nie, bo przyjdzie dzień, że im też się uda.
