„Żywioł. Deepwater Horizon” – prawdziwość koszmaru.
Lubię filmy katastroficzne. Jednak te, które pokazują prawdziwe wydarzenia, zawsze wywołują u mnie ciarki na plecach. To się wydarzyło. Ludzie brali w tym udział. Faktycznie tego doświadczyli. A ci, którym się udało przeżyć, opowiedzieli te historie Światu.
Taki właśnie jest „Żywioł. Deepwater Horizon”. Prawdziwy. Wiadomo, że film to skrót. W nim zawarte jest wszystko – historia od początku, która trwa dwie godziny.
Jak zawsze w tego typu dziełach, zaczyna się sielakowo, a potem akcja rozwija się coraz bardziej, aż szczęka opada. I nawet nie wiadomo, kiedy mijają te dwie godziny, jakoś czas leci a my razem z nim, ciekawi, jak to się skończy i czy się skończy?
Często mi się wydaje, że człowiek za bardzo chce grzebać w naturze, a z nią się nie wygra. Można zgładzić wiele gatunków zwierząt i roślin, ale nie da rady okiełznać wiatru, wody, ognia i tego, co siedzi we wnętrzu ziemi.
W fimie „Żywioł” grają: Marc Wahlberg, Kurt Russell, John Malkovich oraz Gina Rodriquez i Kate Hudson, a także inni aktorzy, bo film pokazuje katastrofę na platformie wiertniczej, gdzie mieszka i pracuje wiele osób, jak w małym miasteczku.
Film wyreżyserował Peter Berg, ten którego „Ocalony” też mnie bardzo wciągnął i też jest o prawdziwej, strasznej historii. Facet lubi fakty i je po swojemu pokazuje. I dzięki mu za to.
Jeśli kto lubi mocne kino pełne ognia i wody, to koniecznie powinien zobaczyć „Żywioł”, bo warto. A na koniec, gdy sobie uświadomimy prawdziwość koszmaru, możemy smarknąć w chusteczkę i otrzeć łzę, jak to na filmie.
