Grzybów jest wiele: jadalne, trujące, chorobotwórcze i lecznicze. Lubię jeść grzyby, a wcześniej je wychodzić po lesie. Można pooddychać świeżym powietrzem i pooglądać piękne widoki.
Jednak nawet borowik szlachetny, znaleziony dawno temu, jako wielki okaz, nie wzbudza we mnie takich uczuć, jak grzyb rosnący w moim miejscu pracy.
Nie nie, to nie była pieczarkarnia, ani laboratorium grzybów leczniczych.
To był zrujnowany biurowiec. Praca była ciekawa, się działo zawodowo, było miło i spokojnie. Aż tu nagle pewnego dnia, na korytarzu wyrósł nam grzybek. Początkowo malutki, potem coraz większy, aż dorósł do pół dłoni. Był śliczny rudziutki, prawie, jak rydz, ale to nie był rydz. Nawet znalazłam gdzieś jego nazwę, ale już zdąrzyłam zapomnieć, tak dawno to było. Zrujnowany biurowiec wyremontowano i jest to teraz piękny biurowiec.
Tak myślę, że nasz rudziutki grzyb, to musiał być szczęśliwy grzyb, bo i biurowcowi się poszczęściło, a i nam, pracownikom lepiej się wiedzie, przynajmniej tym, których spotkałam. Ot, taka grzybowa historia, z pozytywnym zakończeniem.
