Mieszkasz w wieżowcu. Masz dość małe, ale jednak ulubione mieszkanko. Środek miasta, wszędzie blisko, wszędzie sklepy. Fakt, są pewne niedogodności: brak ogródka, brak balkonu. Ale czy to jest powód do smutku? Oczywiście, że nie. W wolnych chwilach masz okazję pojeździć windą i przecież mieszka tu mnóstwo ludzi, można pogadać o życiu, poprosić o pomoc.
Mieszkasz w idyllicznych warunkach, chłonąc zapach i zgiełk dużego miasta. Przez uchylone okno dobiega przemiły swąd spalonego tłuszczu z wytwórni pączków na dole. A w czasie ważnego meczu nie musisz włączać telewizora, bo i tak wiesz, jaki jest wynik. Da się żyć. Czasem nocą z soboty na niedzielę, rozbawiony tłum śpiewaków ulicznych, przerywa twój sen. Da się żyć.
Masz wokół przemiłych sąsiadów: starsze osoby z kotami, młodych ludzi z dziećmi i psami, pary głośno uprawiające seks czy studentów piorących przez całą dobę w źle ustawionych pralkach. Jednak ma to swój socjologiczny smaczek.
Aż pewnego dnia twój spokój przerywa dziki wrzask. Po chwilowym szoku, dochodzisz do wniosku, że trzeba reagować, bo komuś dzieje się krzywda. Zakładasz buty i kurtkę i lecisz po dwa schody na górę do sąsiadów. Cisza. „Uspokoiło się.” – myślisz i schodzisz do siebie. Wrzeszczy. No, ale to przecież nie jest możliwe, żeby z dołu?
A jednak, dziki wrzask dochodzi z mieszkania poniżej. Stajesz pod drzwiami i bezczelnie podsłuchujesz. Po chwili okazuje się, że to nie jest kłótnia i że nikomu nie dzieje się krzywda. Wrzask, to monolog. Do faceta „ty taki i owaki” oraz do kobiety „ty stara, taka i owaka”. Uszy więdną. Głos jest piskliwy, wysoki, słowa wydobywają się, jak z karabinu maszynowego, bez chwili przerwy, bez wahania.
Z pewnością coś się musiało pani „z dołu” stać w głowie, albo gdzieś indziej, a głowa szaleje. Co innego kłótnia rodzinna, ale wrzeszczeć na niewidzialnego wroga? Pani nie bierze leków, albo one już nie działają? Można tak pytać i nie dowiedzieć się niczego. Jednak strach jest, bo może pewnego pięknego dnia coś zapłonie, coś wybuchnie w budynku, albo ktoś będzie latał z siekierą po klatce schodowej. Nigdy nie wiadomo do końca, jakie demony siedzą w głowie sąsiadki. Trzymam rękę na pulsie, w razie wrzask się nasila, tłukę w rury od kaloryfera – trochę pomaga. I nawet udało się spotkać poprzedniego właściciela mieszkania, który zaoferował pomoc, bo zna tego obecnego, który wynajmuje.
Czasem Opatrzność wysłuchuje błagalnych próśb naszych o pomoc, i szczęśliwie pojawia się światełko w tunelu, albowiem ciężkie jest życie z wariatem.
