Czarna śmierć

Wietrzna ospa to nic w porównaniu z tym, co spotkało wiele lat temu jej babkę. Przyszedł felczer i na pytanie matki: ” Czy córka może jeść cytryny?”, odpowiedział, że nie zaszkodzą. Nikt nie wie dlaczego nie zgłosił przypadku choroby dziecka do instytucji, która by ogłosiła stan klęski medycznej? Być może nie wiedział, z czym ma do czynienia albo nie było odpowiedniej instytucji?

Dziewczynka przeżyła. Dzięki temu, sześćdziesiąt lat później inna dziewczynka, mogła zachorować na zwykła ospę, zwaną wiatrówką. Wcale nie mniej uciążliwą, ale z pewnością mniej śmiertelną.

Gdy w 1963 roku we Wrocławiu wybuchła epidemia czarnej ospy, babcia nie musiała się szczepić. Chorowała wiele lat wcześniej, ale nikt nie wątpił w jej opis choroby. Miała szczęście, bo można tę chorobę przeżyć, ale można też, w jej wyniku, umrzeć w cierpieniach.

Jeżeli pozostalością choroby, jest mała blizna na udzie – jesteś szczęściarzem. Gorzej, gdy pozostałością jest to tabliczka na grobie.

Dzisiaj jeździmy po Świecie, jesteśmy wolnymi ludźmi. Jednak w wielu rejonach Ziemi, czają się śmiertelne choroby z przed lat. Nie wiemy, kto je przywiezie na bucie z błotem. Może my?

Nie chodzi o straszenie, o koncerny farmaceutyczne, Władzę. Chodzi o nas i naszą egoistyczną miłość do nas samych i naszej Rodziny.

Nie chcemy chorować na choroby, które ktoś wiele lat temu ujarzmił. Jeżeli naszym ratunkiem jest chwila „nibybólu” dzieci w gabinecie pielęgniarki, to przeżyjmy ten ból razem z nimi i żyjmy życiem, a nie drżyjmy na każdą chwilę gorączki u naszych najmłodszych.

Polecam film „Zaraza” z 1971 roku. Robi wrażenie.