Harry Potter i Przeklęte Dziecko.
Stało się. Poszłam do Empiku po książkę. Chwyciłam ją na początku sklepu, do kasy poszłam w głąb pomieszczenia. Zahaczyłam o gry, wiadomo. Trzeba mi wiedzieć, co nowego w grach. Oglądam sobie i nagle jakieś dziecko wrzeszczy. Idę do kasy, długi ogonek i tam stoi pani z wrzeszczącym dzieckiem. Natężenie wrzasku się zwiększa, gdy pani dochodzi do kasy (bez kolejki, z powodu dziecka). Okazuje się bowiem, że dziecko chce jakiegoś pieska. Drze się, bo chce. A mama nie chce kupić. Dziecko robi klasyczną glebę. Po czym udaje jej się (bo to dziewczynka w wieku około 4-5 lat), chwycić ze stoiska pieska. Matka nakazuje oddać, dziecko walczy, a tłum przy kasie patrzy i słucha.
Moja kolejka, podchodzę do kasy i nagle słyszę straszny rumor w sklepie, czuję wiatr za plecami, a tłum milknie. Okazuje się, że kiedy matka wreszcie wyrwała dziecku pieska z ręki, to ono kopnęło w stojak przy kasie. Różne gadżety, które tam były, rozwaliły się po sklepie.
Nie wiem, jak ta historia się skończyła, bo zapłaciłam za książkę i uciekłam. Nie można karcić dzieci, ale to, co widziałam w sklepie, było straszne. Znaczyło, że ludzie nie przekazują dzieciom żadnych wartości, nie wychowują ich. Nie trzeba karcić, żeby wychować. Może za kilkanaście lat córeczka chwyci za nóż i dziabnie mamusię, która nie umie sobie poradzić dzisiaj z czterolatkiem. Oby nie, jednak nie wróżę tej pani sukcesów w roli rodzica.
W czasie kupowania książki objawiło się tytułowe Przeklęte Dziecko. Zaczynam czytać i dowiem się o jakie dziecko chodzi, bo może lepszy byłby tytuł „Harry Potter i Przeklęty Bachor”? To stworzenie w sklepie było przeklętym bachorem.
