Mam wielką zagwozdkę. Połamałam okulary. Przecież nie pójdę do okulisty, bo mam zapasową parę. Mam?
Od tygodnia szukam wszędzie. W każdej szafie, nawet książki przewalam. Przeszukuję wszystkie kurtki z kieszeniami i torebki, które nosiłam. Pod tapczanem, za tapczanem. No przecież gdzieś muszą być.
Gdzie jest to paskudztwo, czyli okulary zastępcze, nie wie nawet święty Antonii, którego zawsze proszę o pomoc w szukaniu. I zawsze pomagał, ale dzisiaj nie chce.
Pewnie ma mnie już dość, bo ciągle zawracam mu świętą głowę swoim zapominalstwem.
Ostatnia nadzieja w tym, że może zostawiłam okulary na działce, kiedy byłam tam w grudniu. Jechać mi się nie chce, ale pojadę, bo lepsze to niż sterczeć w kolejce do okulisty. A przy okazji pooddycham świeżym powietrzem… (No co to za dziwne słowo „pooddycham”).
