1 maja. Pamiętam z dawnych czasów. Komuna była wtedy. Przed moimi oknami paradował pochód. Lud krzyczał przez megafony: „Niech żyje, niech żyje.” Nie bardzo pamiętam kto miał żyć, ale miał.
Jako mieszkanka bloku nad główną trybuną, byłam narażona na wizyty przeróżnych panów cichociemnych. A także znajomych moich rodziców, którzy się pojawiali raz do roku. A cały rok mieli moich rodziców w dupie. Se stali w oknie i machali do pochodu, byli też często pokazywani w telewizji. I jedli pyszne żarełko zrobione przez moją mamę, kosztem rodziny. Bo nikt nic do jedzeni nie przynosił.
Dla mnie te dni były koszmarem, bo moja psinutka ciągle szczekała, a ja byłam budzona 1-go maja o godzinie piątej rano, bo ustawiali trybunę i robili próbę nagłośnienia. Potem się zaczynał zlot znajomych, przepychanie w oknie, darcie ryjów i machanie rączkami. „O, pacz, pacz, Zenek idzie.”
Za to po pochodzie, gdy przestali już drzeć paszcze przez megafon, można było kupić kiełbasę oraz pomarańcze w punkcie handlowym. Tymi punktami były samochody Star, które otwierały tyły i sprzedawały.
W sumie to te kiełbasy razem z pomarańczami, na 1-go maja, były najlepszymi prezentami komuny dla narodu, bo w ciągu roku kiepsko było z taką wyżerką.
